Gdy odwróciłem głowę, zobaczyłem, że zbliża się w moją stronę. Miała na sobie cienki płaszcz, granatowy beret, a u stóp pantofle na niskim obcasie. Twarz jej się śmiała. Gdy podeszła, wyciągnęła rękę:
– Czekał pan na mnie tutaj? Od jak dawna?
– Od godziny!
Głos mi drżał z podniecenia. Myśląc, że to skarga, rzuciła z półżartobliwym wyrzutem:
– Sam pan sobie winien, drogi panie. Ja czekam od półtorej godziny. Dopiero przed chwilą przypadkiem spostrzegłam, że zamiast podejść pod dom, wybrał pan ten poetyczny widok!
A więc czekała na mnie. A więc byłem dla niej kimś ważnym. Spojrzałem jej w oczy jak pogłaskany kotek:
– Dziękuję!
– Za co pan dziękuje?
Nie czekając na odpowiedź, wzięła mnie pod rękę:
– Chodźmy!
Posłusznie ruszyłem. Szła krótkimi, ale szybkimi krokami. Bałem się zapytać, dokąd idziemy. Oboje milczeliśmy. Choć było mi z tego milczenia niezwykle dobrze, dręczyłem się myślą, że koniecznie trzeba coś powiedzieć. Ani jeden z tych pięknych pomysłów, które przed chwilą przesuwały mi się przez głowę, wzajemnie prześcigając się w ważności i zainteresowaniu, nie pozostał w mej pamięci. Czułem, że im bardziej się zmuszam, tym głowa pustoszeje, a ja staję się jeszcze żałośniejszy, a mózg to tylko kawałek mięsa, który tępo pulsuje. Zerkałem ukradkiem i widziałem, że u niej nie ma ani śladu mego pośpiechu ani zdenerwowania. Czarne oczy miała spuszczone, na twarzy kamienny, niewzruszony spokój, w kąciku ust ten nieznaczny zawijas przypominający uśmiech – i tak szła przed siebie. Lewą rękę po prostu oparła na moim ramieniu. Jej lekko uniesiony palec wskazujący wyglądał znacząco, jakby wskazywał jakiś daleki punkt.
Gdy znów spojrzałem na jej twarz, zobaczyłem, że uniosła gęste, lekko rozwichrzone brwi, jakby nad czymś rozmyślała. Przez powieki prześwitywały cienkie, niebieskie żyłki. Czarne, gęste rzęsy lekko drżały, a na nich błyszczało kilka drobniutkich kropel deszczu. Włosy też były miejscami wilgotne.
Odwróciła ku mnie nagle głowę:
– Dlaczego pan mi się tak uważnie przygląda?
To pytanie zadziwiło też mnie samego: jak to się dzieje, że bez skrępowania, nie zastanawiając się nawet nad tym, że może pierwszy raz w życiu tak dokładnie przyglądam się kobiecie, wpatruję się w nią bez końca? I jak to możliwe, że nawet teraz, gdy zadała to pytanie i spojrzała mi w oczy, nie tracę odwagi i dalej na nią patrzę. Z odwagą, która sama mnie zdumiała, powiedziałem:
– Nie życzy pani sobie?
– Nie, nie o to chodzi, zapytałam tylko… Może właśnie dlatego, że sobie tego życzę, zapytałam.
Jej oczy były tak czarne i tak wyraziste, że nie wytrzymałem:
– Jest pani z pochodzenia Niemką? – zapytałem.
– Tak. A czemu pan pyta?
– Nie ma pani jasnych włosów i niebieskich oczu.
– Może być.
Na twarzy pojawił się jej ten znajomy ruch przypominający uśmiech, lecz jakby nieco wahający.
– Mój ojciec był Żydem – powiedziała. – Matka jest Niemką. Ale też nie jest blondynką.
Zapytałem z ciekawością:
– A więc jest pani Żydówką?
– Tak… Czy i pan jest antysemitą?
– Ależ skąd… U nas nie ma takich rzeczy. Tylko się nie spodziewałem.
– Tak, jestem Żydówką. Ojciec pochodził z Pragi. Zanim się urodziłam, przeszedł na katolicyzm.
– W takim razie jest pani chrześcijanką z wyznania?
– Nie… To znaczy, ja z żadną religią nie mam nic wspólnego.
Uszliśmy już spory kawałek. Nie ciągnęła dalej. Ja też nie pytałem o nic więcej. Powoli zbliżaliśmy się do krańców miasta. Zacząłem się zastanawiać, dokąd idziemy. W każdym razie nie mieliśmy zamiaru robić wycieczki za miasto przy takiej pogodzie. Deszcz padał ciągle tak samo. Maria po chwili zapytała:
– Dokąd idziemy?
– Nie wiem.
– Nawet pana to nie ciekawi?
– Jestem pani posłuszny… Dokąd pani zechce.
Zwróciła ku mnie twarz wilgotną i bladą jak biały kwiat pokryty rosą:
– Jaki pan potulny… Czy pan nie ma własnego zdania, własnych pragnień?
Natychmiast przypomniałem jej wczorajsze słowa:
– Zabroniła mi pani czegokolwiek od pani żądać.
Nie odpowiedziała. Po chwili dodałem:
– Czy może wczoraj nie mówiła pani poważnie? Albo zmieniła pani dziś zdanie?
Zaprzeczyła energicznie:
– Nie! Nie!… Wciąż jestem tego samego zdania.
Znów pogrążyła się w myślach.
Doszliśmy przed wielki ogród otoczony żelaznym płotem. Zwolniła kroku:
– Wejdźmy tutaj? – zapytała.
– Co to jest?
– Ogród botaniczny.
– Jak pani uważa.
– To chodźmy… Często tu przychodzę. Zwłaszcza w taki deszcz.
W środku nie było nikogo. Długo krążyliśmy po piaszczystych ścieżkach. Z obu stron otaczały nas niezliczone drzewa, które mimo zaawansowanej pory roku nie zrzuciły liści. Wokół dużych, skalistych basenów rosły przeróżne trawy, kwiaty i mchy. Wielkie liście pokrywały powierzchnię wody. W wysokich oranżeriach stały rośliny z gorących krajów, drzewa o grubych pniach i małych liściach. Maria powiedziała:
– To najpiękniejsze miejsce w Berlinie… O tej porze roku jest tak pusto, że można powiedzieć, iż nie ma gości… A te dziwne drzewa zawsze przypominają mi odległe kraje, za którymi tęsknię… Gdy patrzę, jak je wyrwano z rodzimych stron i przyniesiono tutaj, a potem próbuje się je utrzymać przy życiu za pomocą sztucznych zabiegów i starań, trochę mi ich żal. Czy pan wie, że w Berlinie tylko sto dni w roku jest pogodnie i słonecznie, a dwieście sześćdziesiąt pięć dni jest pochmurno? Czy projektory i sztuczne słońca w oranżeriach są w stanie nasycić liście tych drzew przywykłe do światła i ciepła? Mimo to żyją, nie usychają… Ale czy można to nazwać życiem? Czy oderwanie żywej istoty od odpowiedniego dla niej klimatu i poddanie jej tym okropnym warunkom dla przyjemności kilku ciekawskich nie jest pewnego rodzaju torturą?
– Ale i pani jest jedną z tych ciekawskich…
– Tak, ale za każdym razem, gdy tu przychodzę, napełnia mnie głęboki smutek.
– Po co więc pani przychodzi?
– Nie wiem.
Usiadła na jednej z mokrych ławek. Ja też przysiadłem obok. Ocierając ręką krople deszczu z twarzy powiedziała:
– Gdy patrzę na te rośliny, myślę też trochę o sobie… Przypominam sobie może moich przodków, którzy żyli wieki temu w tych samych miejscach co te drzewa i te dziwne kwiaty. Czy my także nie zostaliśmy wyrwani z naszych miejsc i rozproszeni jak one? Ale pana to nie interesuje… Prawdę mówiąc, mnie też niezbyt interesuje… Tyle że daje mi to możliwość myślenia o wielu rzeczach, przeżywania w głowie wielu spraw… Zobaczy pan, jestem człowiekiem, który żyje bardziej we własnej głowie niż na świecie… Moje prawdziwe życie to dla mnie nic innego jak nudny sen… Może uznał pan moją pracę na Atlantyku za bardzo smutną, a ja nawet nie zdaję sobie sprawy, czy taka jest… Czasem nawet mnie bawi… Zresztą tę pracę wykonuję przez matkę. Muszę się nią opiekować, a kilka obrazów, które namaluję w ciągu roku, nie wystarczy mi na utrzymanie… Czy zajmował się pan malarstwem?
– Trochę.
– Czemu pan nie kontynuował?
– Zrozumiałem, że nie mam talentu.
– To niemożliwe… To, jak wiele pan ma talentu do malarstwa, było widać po wyrazie pana twarzy, gdy oglądał pan obrazy na wystawie… Niech pan powie: zrozumiałem, że nie mam odwagi. Dla mężczyzny bycie aż tak bojaźliwym nie jest ładne… Mówię to dla pana. Co do mnie, ja mam odwagę… Chcę malować i odbijać w obrazach moje sądy o ludziach, i może nawet trochę mi się to udaje… Ale i to daremne… Ludzie, których lekceważę, i tak tego nie zrozumieją, a ci, którzy mogliby zrozumieć, i tak nie zasługują na lekceważenie. W takim razie malarstwo, jak wszystkie sztuki, jest pozbawione odbiorcy, to znaczy niezdolne do zwracania się do tych, do których jest skierowane… Mimo to jest to jedyna rzecz na świecie, którą traktuję poważnie… Właśnie dlatego nie chcę utrzymywać się z malowania. Bo wtedy będę zmuszony robić nie to, co ja chcę, ale to, czego ode mnie żądają… Nigdy… Przenigdy… Wolę wystawić swoje ciało na targ… Bo dla mnie ono nie ma znaczenia!…
Uderzyła mnie ręką po kolanie, jakby po koleżeńsku.
– Oto, drogi przyjacielu, czym my się właściwie zajmujemy… Wczoraj wieczorem był pan przy tym, jak jakiś pijak całował mnie po plecach, prawda? Pewnie, że całował… Ma prawo… Płaci pieniądze… A mówią, że moje plecy są pociągające… Czy pan też chciałby mnie pocałować? Ma pan pieniądze?
Oniemiałem. Szybko mrugałem oczami, gryzłem wargi. Maria, widząc to, zmarszczyła brwi, a jej twarz stała się bledsza niż zwykle, przybrała kolor wapna:
– Nie, Raif, tego nie chcę. Stanowczo… Najbardziej nie znoszę litości… Gdy tylko poczuję, że pan mi współczuje, żegnam!… Nawet mojej twarzy pan nie zobaczy!
Widząc moje całkowite zdumienie i to, że to raczej ja jestem w godnym pożałowania stanie, zarzuciła mi rękę na ramię:
– Niech się pan nie gniewa za moje słowa! – powiedziała. – Nie powinniśmy się wahać przed otwartym mówieniem o rzeczach, które mogłyby później zmącić naszą przyjaźń. W takich sprawach tchórzostwo jest szkodliwe… No i co? Jeśli zrozumiemy, że się nie dogadamy, pożegnamy się i rozejdziemy… Czy to aż taka wielka katastrofa? Czy wciąż nie potrafi pan przyjąć, że w życiu samotność jest stanem podstawowym? Wszelkie zbliżenia, wszelkie połączenia są fałszywe. Ludzie mogą się do siebie zbliżyć tylko do pewnej granicy, resztę sobie wymyślają; a gdy któregoś dnia zrozumieją swój błąd, z rozpaczy porzucają wszystko i uciekają. A gdyby zadowalali się tym, co możliwe, przestali brać swoje wyobrażenia za rzeczywistość, nie byłoby tak. Każdy przyjąłby to, co naturalne, nie byłoby ani rozczarowań, ani zawiedzionych nadziei… W tym stanie wszyscy jesteśmy godni pożałowania; ale powinniśmy litować się nad sobą samymi. Litować się nad innymi to znaczy uważać się za silniejszych od nich, a nie mamy prawa uważać ani siebie za tak wielkich, ani innych za bardziej żałosnych od nas… Może już pójdziemy?
Oboje wstaliśmy. Otrzepaliśmy krople deszczu, które zebrały się na naszych płaszczach. Mokry piasek chrzęścił nam pod stopami.
Ulice zaczynały ciemnieć, ale latarni jeszcze nie zapalono. Wracaliśmy tymi samymi drogami, szybkim krokiem, jak przyszliśmy. Tym razem ja wziąłem ją pod rękę. Tuliłem się do niej jak małe dziecko, pochylałem głowę w jej stronę, a w środku miałem dziwne uczucie, pomiędzy radością a smutkiem. Gdy widziałem, jak wiele jej uczuć i myśli jest podobnych do moich, cieszyłem się, czując silniej naszą bliskość; ale bałem się, bo zrozumiałem, że w jednym punkcie się ode mnie różni: nigdy nie chce ukrywać przed sobą prawdy, oszukiwać siebie za wszelką cenę. Jakaś niejasna myśl szeptała mi bowiem, że niezależnie od tego, kim jest, jeśli zobaczy się człowieka w pełni i nie ukryje przed sobą tego, co się zobaczyło, nigdy nie można się do niego całkowicie zbliżyć.
Ja jednak nie chciałem być aż tak prawdomówny. Rozumiałem, że nie zniosę, by jakakolwiek prawda oddaliła mnie od niej. Czy nie byłoby bardziej po ludzku i sprawiedliwiej, skoro znaleźliśmy w sobie rzeczy najbardziej potrzebne i najcenniejsze dla naszych dusz, przymknąć oczy na inne szczegóły, a ściślej mówiąc, poświęcić małe prawdy dla wielkiej prawdy?
Było pewne, że ta kobieta, wydająca we wszystkim słuszne i trzeźwe sądy, myśli tak pod wpływem gorzkich doświadczeń życiowych i szkodliwych wpływów otoczenia. Ponieważ zmuszona była żyć wśród ludzi, których nie chciała i nie lubiła, i na siłę się do nich uśmiechać, popadała w tak głęboki żal i podejrzewała wszystkich. Ja zaś, przez całe życie trzymałem się z dala od ludzi i nie byłem przez nich zbytnio niepokojony, więc nie gniewałem się na nikogo. Gryzło mnie tylko ogromne poczucie samotności i to właśnie pod jego wpływem byłem gotów w wielu punktach oszukiwać samego siebie wobec osoby, którą uważałem za sobie bliską.
Doszliśmy do centrum miasta. Ulice były jasne i zatłoczone. Maria Puder była zamyślona i chyba też trochę smutna. Zapytałem nieśmiało:
– Coś panią martwi?
– Nie – odpowiedziała. – Nie ma nic, co by mnie martwiło. Nawet jestem zadowolona z dzisiejszej wycieczki… Na pewno jestem zadowolona…
Mówiąc to, wyraźnie myślała o czymś innym. W jej oczach, które od czasu do padały na moją twarz, było coś roztargnionego, a w uśmiechu – obcość, która mnie niepokoiła. W pewnym momencie zatrzymała się na środku ulicy.
– Nie chcę wracać do domu! – powiedziała. – Chodźmy, zjedzmy gdzieś razem obiad. Porozmawiamy do czasu, gdy będę musiała iść do pracy.
Przyjąłem tę niespodziewaną propozycję z niepotrzebnym podnieceniem. Gdy jednak zobaczyłem, że to jeszcze bardziej ją oddala, szybko się opanowałem i spuściłem wzrok. Weszliśmy do dość dużej restauracji w zachodniej części miasta. W środku nie było zbyt tłoczno. W kącie bawarska orkiestra żeńska w strojach ludowych grała hałaśliwe melodie. Usiedliśmy przy stoliku pod ścianą i zamówiliśmy jedzenie i wino.
Spokój mojej towarzyszki udzielił się też mnie. Czułem w sobie bezprzyczynowy niepokój i przygnębienie. Kobieta, widząc to, spróbowała otrząsnąć się z myśli, rozluźnić i uśmiechnąć. Uderzyła ręką w moją dłoń leżącą na stole:
– Czemu pan tak marudzi? Młodzi mężczyźni, którzy pierwszy raz jedzą obiad z młodą kobietą, są zwykle bardziej weseli i rozmowni! – zażartowała. Ale widać było, że sama nie wierzy w to, co mówi. W każdym razie szybko wróciła do dawnego stanu. Aby tylko coś robić, powiodła wzrokiem po sąsiednich stolikach. Wypiła kilka łyków wina stojącego przed nią i nagle odwróciła się do mnie, patrząc mi prosto w oczy:
– Co mam zrobić? Co mam zrobić? Po prostu nie umiem inaczej! – powiedziała.
Co chciała przez to powiedzieć? Przeczuwałem to tylko mrocznie. Czułem, że to, czego, jak mówiła, nie potrafi, jest tym samym, co mnie od pewnego czasu dręczyło, ale nie umiałem jasno określić jego natury.
Jej oczy chciały zatrzymać się na każdym punkcie, na który spojrzały, a ona zdawała się je z trudem odrywać. Po jej twarzy bladej jak matowa perła przebiegały od czasu do czasu ledwo dostrzegalne dreszcze. Znów zaczęła mówić. W jej głosie pojawiło się nagle drżenie, ledwo powstrzymywane wzruszenie:
– Tylko proszę się na mnie nie gniewać… – mówiła. – Żebyś pan nie łudził się pustymi nadziejami, lepiej będzie, jak z panem porozmawiam otwarcie… Ale niech się pan nie gniewa… Wczoraj podeszłam do pana… Chciałam, żeby mnie pan odprowadził do domu… Dziś zaproponowałam wspólny spacer… Powiedziałam, żebyśmy zjedli razem kolację… Nawet panu się narzucam… Ale pana nie kocham… Od pewnego czasu o tym właśnie myślałam… Nie, pana też nie kocham… Co mam zrobić? Może pana uważam za miłego, a nawet pociągającego, może widzę, że ma pan cechy odmienne od wszystkich mężczyzn, których dotąd poznałam, ale to wszystko… Rozmowa z panem, mówienie o wielu rzeczach, kłótnie, sprzeczki… Gniewanie się i znów godzenie – to wszystko z pewnością będzie mnie cieszyć…
Ale kochać? Tego nie potrafię… Może pan się zastanawia, czemu nagle, ni stąd, ni zowąd, mówię te rzeczy… Jak mówiłam, żeby potem, gdy będzie pan oczekiwał czegoś innego, nie gniewał się pan na mnie… Niech pan od razu wie, co mogę panu dać, żeby później nie zarzucał mi, że się panem bawiłam. Nieważne, jak bardzo jest pan inny, i tak jest pan mężczyzną… I wszyscy mężczyźni, których poznałam, gdy zrozumieli, że ich nie kocham, że nie potrafię kochać, odchodzili z wielkim żalem, a nawet z gniewem… Szczęśliwej drogi… Ale czemu uważali mnie za winną? Dlatego, że nie dałam im czegoś, czego im nigdy nie obiecywałam, a co tylko żyli w swoich głowach? Czy to nie niesprawiedliwe? Nie chcę, żeby pan myślał o mnie w ten sam sposób… Może pan to zapisać jako punkt na pana korzyść…
Byłem zdumiony. Starając się jednak zachować spokój, powiedziałem:
– Po co to wszystko? Kształt naszej przyjaźni zależy nie ode mnie, ale od pani. Będzie tak, jak pani zechce.
Zaprzeczyła energicznie:
– Nie, nie, wcale nie tak. Widzi pan? Jak wszyscy inni mężczyźni, udaje pan, że godzi się na wszystko, byle wszystko postawić na swoim. Nie, drogi panie! Takimi kojącymi słówkami nie załatwia się spraw. Niech pan pomyśli: ja, która zawsze, czy wobec siebie, czy wobec innych, starałam się wydawać otwarte i szczere sądy na ten temat, nie doszłam do żadnego wniosku. Stosunki międzyludzkie, zwłaszcza między kobietami i mężczyznami, są tak pogmatwane, a nasze pragnienia i uczucia tak niezrozumiałe i metne, że nikt nie wie, co robi, i daje się ponieść prądowi. Ja tego nie chcę. Robienie rzeczy, które mnie w stu procentach nie zadowalają, które nie wydają mi się w pełni potrzebne, poniża mnie we własnych oczach… Szczególnie nie znoszę tego, że kobieta zawsze musi być bierna wobec mężczyzny… Dlaczego? Czemu to my zawsze mamy uciekać, a wy gonić? Czemu to my zawsze mamy się poddawać, a wy nas zagarniać? Czemu w waszych błaganiach tkwi panowanie, a w naszych odmowach bezsilność? Od dziecka zawsze się temu buntowałam, nigdy nie mogłam tego zaakceptować. Czemu taka jestem, czemu rzecz, której inne kobiety nawet nie dostrzegają, mnie wydaje się tak ważna? Dużo o tym myślałam. Mówiłam sobie: czy może jest we mnie coś nienormalnego? Nie, przeciwnie, myślę tak może właśnie dlatego, że jestem bardziej normalna od innych kobiet. Bo moje życie, przypadkiem, upłynęło z dala od wpływów, które przyzwyczajają inne kobiety do uważania swego losu za naturalny. Ojciec umarł, gdy byłam mała. W domu zostałyśmy tylko we dwie z matką. Matka była wręcz uosobieniem kobiecości przyzwyczajonej do ulegania i posłuszeństwa. Straciła nawyk samodzielnego radzenia sobie w życiu, a właściwie nigdy go nie nabyła. Mimo że miałam siedem lat, zaczęłam ją prowadzić. Ja jej doradzałam stanowczość, uczyłam rozumu, wspierałam ją. W ten sposób dorastałam bez męskiej dominacji, czyli naturalnie. Lenistwo i aspiracje moich przyjaciółek ze szkoły zawsze mnie odstręczały. Nie nauczyłam się niczego, by podobać się mężczyznom. Nigdy nie rumieniłam się przed mężczyznami ani nie oczekiwałam od nich komplementów. To skazało mnie na straszliwą samotność. Koleżanki uznały, że przyjaźnienie się ze mną i uznawanie moich poglądów jest sprzeczne z ich przyjemnościami i wygodą. Bycie miłą zabawką wydawało im się łatwiejsze i bardziej pociągające niż bycie człowiekiem. Nie mogłam też zaprzyjaźnić się z mężczyznami. Gdy nie znaleźli we mnie łatwego kąska, woleli uciec, niż stanąć naprzeciw równych sił. Wtedy bardzo dobrze zrozumiałam, czym jest męska determinacja i siła: żadne stworzenie na świecie nie goni tak łatwych sukcesów i żadne stworzenie nie jest tak samolubne, zarozumiałe i dumne, a jednocześnie tchórzliwe i wygodnickie jak mężczyzna. Gdy już to spostrzegłam, niemożliwe było, bym naprawdę mogła kochać mężczyzn. Widziałam, że nawet mężczyźni, którzy najbardziej mi się podobali i w wielu sprawach byli mi bliscy, przy byle okazji pokazywały wilcze zęby; że po chwilach bliskości, które sprawiały nam obojgu równą przyjemność, podchodzą do mnie z głupim wzrokiem, udając, że przepraszają i chcą chronić, a jednocześnie myśląc, że w jakiś sposób odnieśli triumf. A tymczasem to oni byli w godnym pożałowania stanie, to ich nędza wychodziła na jaw. Żadna kobieta nie może być tak bezradna i śmieszna jak mężczyzna w stanie namiętności. Mimo to mają tyle bezpodstawnej pychy, że biorą to za przejaw siły… Boże, można oszaleć… Choć wiem, że nie mam w sobie żadnych nienaturalnych skłonności, wolałabym zakochać się w kobiecie…
Przerwała na chwilę i zbadała moją twarz. Wypiła trochę wina. W miarę jak mówiła, zdawała się rozluźniać i pozbywać się niepokoju.
– Czemu się pan zdziwił? – ciągnęła dalej. – Niech się pan nie boi, nie jest tak, jak pan myśli. Ale chciałabym, żeby tak było. Z pewnością robiłabym coś, co mniej poniża ludzką duszę… Tylko że jestem malarką, wie pan… Mam swoje pojęcie o pięknie… Nie uważam za piękne kochania się z kobietą… Jak by to powiedzieć… Nieestetyczne… Poza tym bardzo lubię naturę… Zawsze jestem ostrożna wobec rzeczy nienaturalnych… Dlatego wierzę, że muszę kochać mężczyznę… Ale naprawdę mężczyznę… Mężczyznę, który potrafiłby mnie porwać bez uciekania się do siły… Mężczyznę, który kochałby mnie i szedł u mego boku, niczego ode mnie nie żądając, nie panując nade mną, nie poniżając… To znaczy prawdziwie silnego, prawdziwego mężczyznę… Czy teraz rozumie pan, dlaczego pana nie kocham. Co prawda nie minęło też dość czasu, żeby kochać, ale pan też nie jest tym, kogo szukam… Co prawda nie ma pan w sobie tej bezsensownej pychy, o której mówiłam… Ale jest pan zbyt dziecinny, a ściślej mówiąc – zbyt kobiecy… Ktoś musiałby pana prowadzić, zupełnie jak moją matkę… Ja mogłabym być tą osobą… Jeśli pan zechce… Ale niczym więcej nie mogę być… Moglibyśmy być doskonałymi przyjaciółmi… Jest pan pierwszym mężczyzną, który słucha moich słów, nie przerywając mi, nie próbując odwrócić mnie od moich myśli, przekonać, czyli sprowadzić na właściwą drogę. Po pana oczach widać, że mnie pan rozumie… Tak jak mówię, możemy być bardzo dobrymi przyjaciółmi. Ja mówiłam panu otwarcie, tak samo pan może mi się zwierzyć. Czy to mało? Czy lepiej stracić i to, żądając więcej? Ja tego nie chcę. Mówiłam panu wczoraj wieczorem, bywam zmienna… Ale nie powinno to pana prowadzić do fałszywych wniosków… W kwestiach zasadniczych nigdy się nie zmieniam… Co pan na to? Zostanie pan moim przyjacielem?
Wszystkie te słowa wprawiły mnie w osłupienie… Bałem się wydać o niej ostateczny sąd i przeczuwałem, że nie trafię w sedno. Przez głowę przebiegało mi tylko jedno pragnienie: być blisko niej, nie rozstawać się z nią, za wszelką cenę… Reszta nie była mi potrzebna… Nie przywykłem wymagać od kogokolwiek więcej, niż mi dawano… Mimo to czułem w sobie dziwne odrętwienie. Wbiłem wzrok w jej czarne, zalęknione oczy, czekające na moją odpowiedź, i powiedziałem powoli:
– Mario, rozumiem panią doskonale… Widzę też, że to pani życiowe doświadczenia skłoniły panią do tak długich wyjaśnień i cieszę się, że robi pani to, by zapobiec w przyszłości rzeczom, które mogłyby zachwiać naszą przyjaźnią. Znaczy to, że ta przyjaźń ma dla pani jakąś wartość…
Potrząsnęła szybko głową na znak potwierdzenia. Mówiłem dalej: